Men Expert Survival Race – nie takie zwykłe bieganie!

10:40


Zawsze wiedziałam, że mam duszę wojownika! Bardzo lubię rywalizację, nie tylko z kimś, ale też z własnymi słabościami. Od małego uwielbiałam wszelkiego rodzaju zawody i konkursy, czyli chwile, w których mogłam dać z siebie wszystko i przekonać się jak i w czym jestem dobra. Cieszyły mnie momenty, kiedy wygrywałam, a te, w których ktoś okazywał się lepszy, napędzały mnie do działania.
Co więcej, kręcą mnie rzeczy nieprzeciętne. Z jednej strony jestem tchórzem, który boi się wysokości, przepaści, pająków, ciemnych zaułków i opuszczonych miejsc, a z drugiej zawsze podobały mi się biegi na orientację, zaraziłam się też bakcylem autostopowicza, marzy mi się udział w paintballu z prawdziwego zdarzenia, a gdzieś głęboko w duszy chciałabym przejść porządne survivalowe szkolenie.

Tydzień temu w niedzielę mogłam chociaż trochę zasmakować takiego survivalu w Poznaniu, dzięki eventowi Men Expert Survival Race, w którym wzięłam udział z grupą znajomych. Wiem, że takim wydarzeniom daleko do ekstremalności, ale na pewno nie był to kolejny niedzielny bieg wokół Malty. 

Wydarzenie oferowało dwie opcje – bieg na 5 km z dwudziestoma przeszkodami i dystans na 10 km z trzydziestoma przeszkodami. Z początku skłaniałam się z przyjaciółką ku pierwszej opcji, bojąc się, że przeszkody będą na tyle wyczerpujące, że nawet jeżeli przebiegłyśmy półmaraton, to tu możemy mieć problem. Na szczęście, rejestrując się jako grupa (minimum 10 osób), musieliśmy zdecydować się na wspólny dystans – w grupie przeważała płeć męska, więc oczywistym było, że biegniemy na 10 km. Czemu na szczęście? Po fakcie mogę śmiało powiedzieć, że dystans 5-cio kilometrowy na pewno byłby fajnym przeżyciem, ale to te dodatkowe 5 km dało prawdziwego kopa!

W pakietach startowych czekały na nas próbki męskich kremów do twarzy od L'Oreal Paris Men Expert. Niestety sponsor nie przewidział wersji dla kobiet, a podobno kremy okazały się bardzo fajne! Do tego oczywiście koszulka – czarna, co by błoto spokojnie się zmyło. Standardowo dostaliśmy też chip i opaskę z kolorem fali. Tu mały psikus na początek, ponieważ jako jedyna z naszej grupy dostałam inny kolor opaski, więc gdybym się nie zorientowała i szybko nie wymieniła, to mogłabym zostać sama na placu boju ;)



Bieg był zorganizowany w bardzo przemyślany sposób, ponieważ co 15 minut ruszała fala około 100-osobowa, więc prócz początkowych fragmentów trasy nie było problemów z kolejkami przy przeszkodach i cały event przebiegał bardzo sprawnie.

Ostatecznie wystartowaliśmy w grupie 9-osobowej, w trzeciej fali o godzinie 10:30. Pogoda dopisała pod każdym względem – było ciepło, ale rześko, a do tego słonecznie. W poprzednich i kolejnych dniach lało, więc przy takiej pogodzie ekstremalność biegu z pewnością by wzrosła, ale z kolei przyjemność chyba by zmalała ;)


Przebieg: 

Na początku miał być dym – nie było ;) Pojawił się dopiero w późniejszych falach, ale myślę, że wiele nie straciliśmy. Po kilkuset metrach pierwsza przeszkoda – snopy siana poustawiane na sobie – wzięłam je z rozpędu i szybko znalazłam się po drugiej stronie. Szybko opuściliśmy teren trybun i dalej droga prowadziła już w kierunku lasów przy Malcie, w okolice parku liniowego.


Tam zaczęły się podbiegi, a trasa wiła się wąskimi dróżkami między drzewami. Ze śmiechem na ustach krzyczeliśmy do siebie „Trzymaj gardę!”, bo małe gałązki latały wokół naszych twarzy i oczu jak szalone. Po jakimś czasie wybiegliśmy na większą pustą przestrzeń, w okolicach gdzie spotyka się ekipa ze Street Workout’u i tam natknęliśmy się na mały zator, na szczęście jedyny taki na trasie.

Biegacze ustawili się w czterech kolejkach do lin zawieszonych na gałęzi, na górze których przyczepione były dzwonki. Obok stała jedna z wolontariuszek, krzycząc, że jak ktoś nie chce czekać, to musi zrobić (bodajże) 30 pompek (Panie 30 przysiadów) i może lecieć dalej. Wraz z połową naszej ekipy stanęliśmy twardo w dwóch najkrótszych kolejkach i już po chwili miałam w rękach linę. Dopiero w tym momencie zorientowałam się, że porywam się z motyką na słońce, bo chyba nie miałam do tej pory okazji zmierzyć się z tego typu zadaniem. Ale spróbować trzeba było i nagle, czterema czy pięcioma ruchami znalazłam się na górze, machnęłam ręką, żeby uderzyć w dzwonek i udało się! Ostrożnie zsunęłam się po linie, z rozpierającą mnie dumą, przybiliśmy sobie z Patrykiem i Bartkiem piątki, usłyszałam słowa pochwały i już lecieliśmy dalej. Pokonanie liny dodało mi moc pozytywnej energii i dało paliwa na kilka kolejnych kilometrów.


Mniej więcej w tym momencie zaczynała się trasa, którą biegło się tylko na dystansie dziesięciu kilometrów. Nie było tam wiele wymagających przeszkód – był m.in. stary opuszczony dom, slackline zawieszony nad rzeką czy powalone konary. Najcięższe na tym odcinku były za to podbiegi, które organizatorzy poutykali na tym dystansie bez liku! Strome, śliskie górki, które z początku pokonywałam z zapałem i w dobrym tempie, a później ledwo powłócząc nogami. Gdyby nie fakt, że trzymaliśmy się we trójkę, bo chłopacy psychicznie ciągnęli mnie do przodu, ale też nie zostawiali w tyle, to na pewno miałabym gorszy czas na mecie. A jednak w grupie siła!

Po pokonaniu mniej więcej siedmiu kilometrów, powtarzając co rusz „gdzie te przeszkody?”, wbiegliśmy w strefę trasy na 5 km. Nagle zaczęły do nas docierać głosy publiczności, słowa speakera i muzyka. W lesie byliśmy sami i w tamtym miejscu bieg miał zupełnie inny klimat. Z jednej strony widok stojących i przypatrujących ludzi bardzo mnie zmotywował - bo przecież nie mogę zrobić z siebie sierotki i muszę pokonać wszystkie przeszkody w stylu Lary Croft – uwielbiałam ją kiedyś! Z drugiej jednak, klimat w lesie był iście survivalowy i narobił mi ochoty na kolejne biegi w terenie.



W strefie nad jeziorem przeszkody były ustawione jedne za drugą. Wraki samochodów, Survival Cube, zbudowany z metalowych rurek i siatek, a dalej Wikingowie! Mina chłopaka wyraża wszystkie nasze emocje, w momencie gdy na nich ruszyliśmy! Nie wiem czy to przez mój sprint, zacięte i waleczne spojrzenie, czy po prostu fakt, ze jestem kobietą, ale Wikingowie nawet mnie nie musnęli. Natomiast chłopacy wbili się w nich z rozpędu i też szybko zostawili dzielnych wojowników za sobą. Mam wrażenie, że w tym starciu bardziej oberwali Oni niż my ;)



Dalej był już małpi gaj, pochyła ściana z liną i basen z zimną wodą. Obawiałam się, że będę już na tyle zmęczona, że nie uda mi się na przykład przejść całego małpiego gaju, ale pokonałam go bez większego wysiłku. Adrenalina i doping „Dajesz koleżanko, dajesz!” jednak swoje zrobiły! Z kolei basen zimnej wody przerażał mnie od początku, gdy na stronie internetowej zobaczyłam, że to będzie jedna z przeszkód. Nie lubię zimna, jestem zmarźlakiem i daleko mi do morsa. Ale tu kolejny raz zadziałały endorfiny i radość z chwili, więc nawet nie wiem kiedy znalazłam się w wodzie i z szerokim uśmiechem na twarzy wyszłam z niej cała mokra. Później było już tylko ciekawiej!


Czołganie się pod samochodami czy przeprawa przez autobus i sturlanie się na ziemię, sprawiły, że mokre ciało zostało obklejone błotem. Ale kto by się tam przejmował? Przecież o to chodziło! Nie tylko o wysiłek fizyczny, zmierzenie się ze swoimi umiejętnościami i siłą, ale o zabawę i zapomnienie, że na co dzień każdy stara się schludnie wyglądać i elegancko zachowywać, bo tego oczekuje od nas otoczenie. Tu nie liczyły się markowe ubrania, świetny makijaż i najnowszy model Iphone’a, tylko to, czy potrafisz na chwilę zapomnieć o tych tak naprawdę mało istotnych rzeczach. Nie bałam się krzyknąć na całe gardło, ruszając na Wikingów, czy wskoczyć w kałużę błota. W dzień powszedni raczej czegoś takiego bym nie zrobiła. Tu? Czułam się z tego w pewien sposób dumna ;)
Największa atrakcja dnia? Jak dla mnie zjeżdżalnia! Woda i płyn sprawiły, że zjechałam w ekspresowym tempie, a swoją przejażdżkę zakończyłam w błocie, które zdążyło już powstać po przejażdżce kilkuset osób. Wstając, krzyknęłam „mogę jeszcze raz?” Ale po raz kolejny... pędziliśmy już dalej! :)


Podsumowanie:

Bieg ukończyłam na 24 miejscu (na 177) w klasyfikacji kobiet startujących na 10 km, w czasie 1h 02 min i 40 sec. Jestem bardzo mile zaskoczona tym wynikiem! Na pewno duże podziękowania należą się Patrykowi i Bartkowi, bo to oni mnie ciągnęli do przodu w najbardziej kryzysowym momencie.
Jako grupa też uplasowaliśmy się całkiem nieźle, miejsce: 32 na 107, średni czas: 1h 02 min 20 sec, czyli bardzo zbliżony do mojego.
Specjalne podziękowania ślę też naszym dwóm wiernym kibicom i fotoreporterom z pączkami <3 !

Wrażenia?

Na pewno nie był to mój ostatni bieg tego rodzaju! Bawiłam się przednio, przekonałam się na co mnie stać, jeszcze bardziej nakręciłam się na tego typu wydarzenia. Jest to cudowna alternatywa dla treningów biegowych na co dzień i już zaczęłam rozglądać się za kolejnymi ciekawymi propozycjami. Sezon na takie biegi powoli się kończy, więc zbieram siły na przyszły rok, ale po drodze z pewnością pojawią się jeszcze jakieś wydarzenia, chociażby bieg Mikołajkowy czy Citytrail w Poznaniu.

Jeśli chodzi o organizację, to nie mam wielu zastrzeżeń – w niektórych miejscach trasa była niezbyt dobrze oznaczona, albo taśmy były już po prostu zerwane. Jednak przy takiej masie ludzi i tego typu trasie, ciężko zachować wszystko w idealnym porządku. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to fakt, że przy opuszczonym domu, gdzie trochę pobłądziliśmy przez niedokładne oznaczenie trasy, nie stał żaden z wolontariuszy. Było tam trochę niebezpiecznych elementów, jak wystające pręty czy druty, więc w razie jakiegoś wypadku, w takim miejscu ktoś jednak powinien stać.
Prócz tej uwagi, uważam, że jak na pierwszy raz bieg wypadł naprawdę świetnie i zachęcam wszystkich do wzięcia w nim udziału za rok! 


Myślę, że uśmiech na mojej twarzy jest najlepszym podsumowaniem tej nietypowej niedzieli!
P.S. Już pracuję nad relacją z półmaratonu w Gdańsku :)


You Might Also Like

0 komentarze

Archiwum bloga

Partnerzy

Jestem Fitbeactive.pl Durszlak.pl myTaste.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów JemyZdrowo.pl