21 kilometrów radości!

10:17


Jeszcze kilka lat temu nie uwierzyłabym w to, że przebiegnę kiedyś półmaraton. Bardzo amatorsko trenowałam sprint w poznańskim AZS-ie i nie w głowie były mi długie dystanse (swoją drogą, kolega z pracy zwrócił mi wczoraj uwagę na ciekawą zbieżność skrótów AZS - Atopowe Zapalenie Skóry i Akademicki Związek Sportowy, zadając pytanie: "Masz Akademicki Związek Sportowy??") W gimnazjum i liceum jeździłam na gdańskie czwartki lekkoatletyczne, gdzie czasem udało się wskoczyć na podium, a sztafeta w biegu przełajowym na 1 km była wtedy dla mnie nie lada wyzwaniem. Wiele osób mówi, że bieganie jest męczące, że im się nie chce, że jest nudne. Oczywiście, nie każdy musi być biegaczem. Sama kiedyś patrzyłam w ten sposób na kilkukilometrowe biegi. A teraz? Uwielbiam to uczucie, gdy każdy kolejny kilometr nie jest męczarnią i żmudnym dobiegnięciem do celu, ale rosnącą przyjemnością. Już jakiś czas temu zauważyłam, że bardziej męczy mnie bieg na 5 km niż na 10, bo dopiero po minięciu tej bariery 5 km, zaczynam czuć energię, radość z biegu i z każdego postawionego kroku. Śmiało mogę powiedzieć, że tak, bieganie jest uzależniające.

Przedstartowa Świeżynka
Każdy kiedyś zaczyna. Nic nie przychodzi za darmo i ja też wiele lat pracowałam na swój pierwszy mały sukces. Nie była to żmudna praca, ale na pewno wymagała dużo cierpliwości i systematyczności, której często mi brakowało. Kiedyś po przebiegnięciu kilometra, musiałam przejść do kilkuminutowego marszu, żeby znowu zacząć bieg. I tak w kółko. Do dziś pamiętam swój pierwszy dystans na ok. 3 km, kiedy z uśmiechem na twarzy wróciłam do domu i powiedziałam mamie: "przebiegłam, ani razu się nie zatrzymałam" - taka dumna z siebie! :) A teraz przebiegłam 21 km - i też się nie zatrzymałam, co więcej, ostatnie dwa kilometry pokonałam najszybciej. Chciałam zmieścić się w dwóch godzinach, nie udało się, ale i tak wynik 2h 5min uważam za naprawdę dobry jak na pierwszy raz. I mam do czego dążyć za rok!

Meta!

Przygotowania:

Nie uważam, żebym przygotowywała się jakoś szczególnie do tego biegu, prócz tego, że... biegałam. Raz dłużej, raz szybciej, często próbowałam interwałów. Liczyła się systematyczność - od października nie zrobiłam dłuższej przerwy w bieganiu niż tydzień, a z regularnym bieganiem miałam wcześniej dość duże problemy. Nie trzymałam się żadnego ściśle określonego planu treningowego spisanego z czasopisma dla biegaczy, mam zbyt luźną organizację tygodnia, żeby podporządkować się z góry rozpisanym treningom. Gdy startujesz po raz pierwszy, nie możesz wiedzieć co jest dla Ciebie dobre, a co może Ci zaszkodzić. Ani razu nie przebiegłam dystansu 21 km przed startem i nie miałam takiego zamiaru, najdłuższy trening jaki sobie zrobiłam trwał 1h i 45 min, kiedy pokonałam 17,5 km. Uważam, że 21 km to naprawdę jest ogromny wysiłek dla nieprzystosowanego jeszcze organizmu i wcale nie wpływa tylko pozytywnie na organizmu, wręcz przeciwnie - może się odbić negatywnie. Dlatego reszta moich treningów oscylowała w granicach 8-12 km. I jak widać to mi w zupełności wystarczyło. Dość często robiłam za to treningi interwałowe i może to efekt placebo, ale naprawdę czułam jak polepsza mi się wydolność z tygodnia na tydzień! Wydaje mi się więc, że przyjęłam dobrą strategię na początek.

Na dzień przed startem starałam się napełnić bezglutenowymi węglowodanami, odpuściłam wszelki rodzaj wysiłku i postanowiłam pójść wcześniej spać. Ok, w łóżku byłam dużo przed północą, ale standardowo oka nie zmrużyłam do 1. Nie mniej jednak czułam się rano bardzo wypoczęta i pełna pozytywnej energii!
Ważnym elementem było też dla mnie ułożenie muzycznej playlisty, co najmniej dwu-godzinnej. Mało rzeczy tak motywuje jak porządny, rytmiczny bit. Przyznaję się, że nie potrafię biegać bez muzyki. Kiedyś, gdy podczas biegania wysiadły mi na raz dwie słuchawki, ze złości zawróciłam do domu po przebiegnięciu jednego kółka. Dlatego teraz tę kwestię musiałam mieć dopracowaną w 100% - perfekcyjna playlista + odpowiedni (co prawda pożyczony) sprzęt.

Ale przygotowanie, przygotowaniem. Najwięcej energii nie dała mi kostka cukru czy łyk wody na piętnastym kilometrze, tylko bieg ramię w ramię z przyjaciółką i okrzyki "Madzia!", "Stworku!" zza barierek. Szczególnie na ostatnich 500m, kiedy puls podskoczył do prawie 190 i czułam jak powietrze ledwo dociera do płuc. Wtedy żadna czekolada nie pomoże, tylko właśnie ten cudowny doping! Radość od ucha do ucha!


Trybuny pełniutkie!
Bieg:

Moja pierwsza myśl - nie taki wilk/diabeł (jeden pies) straszny jak go malują. Szczególnie, jak nie biegniesz na czas i nie ciąży na Tobie presja pokonania swojego poprzedniego wyniku. Postanowiłam sobie, że będę słuchała ciała, a nie tłumu. Szczerze powiedziawszy ciężko było zwalniać, gdy ktoś mnie wymijał, ale starałam się pilnować pulsu i nie przekraczać 170. Udało się przez pierwsze 10 km, potem puls skoczył powyżej 173 i już niżej nie zszedł, przekraczając na ostatnich czterech kilometrach 180. Ale to wystarczyło - tak naprawdę do 18 kilometra, czyli do momentu kiedy nie zaczęłam delikatnie przyspieszać, nie czułam zmęczenia. Oddech miałam spokojny, nie czułam bólu w mięśniach, raz tylko miałam chwilowe problemy z kolką. Piłam 1-2 łyki wody/izotonika na każdej stacji, ale dopiero na 15 km sięgnęłam po kostkę cukru. Nie za szybkie tempo pozwoliło mi ze spokojem przyspieszyć na dwóch ostatnich kilometrach i bez większego problemu przebiegłam linię mety - cudowna satysfakcja! 

Piąteczka na każdym kilometrze!
Organizacja:

Jako świeżak w temacie półmaratonów, ciężko mi ocenić organizację i przebieg wydarzenia w stosunku do lat poprzednich. Ale osobiście nie mam wiele do zarzucenia organizatorom, szczególnie w kwestii punktów z wodą i przekąskami. Punkty rozciągały się na długości 100-200 metrów, więc bez żadnych problemów i zatrzymywania się można było sięgnąć po dodatkowe paliwo. Szkoda, że nie biegłam z aparatem, bo chciałabym móc uwiecznić wygląd ulic pokrytych papierowymi i plastikowymi kubeczkami po wodzie i izotonikach. Taki oryginalny dywan. I tu pokłony w stronę organizatorów - zaledwie kilka godzin po zakończeniu półmaratonu przejeżdżałam w okolicach AWF, gdzie znajdował się jeden z punktów i z zaskoczeniem ujrzałam czyściutkie ulice, tak jakby nie przebiegło tamtędy przed chwilą 6500 spragnionych biegaczy. Szkoda, że tak nie sprzątają po sobie kandydaci np. do Sejmu.

Za metą czekało na nas jedzonko i napoje, folie NRC (termiczne) i oczywiście medale - wg. mnie ich projekt jest świetny!

http://naszglospoznanski.pl/wp-content/uploads/medal-p%C3%B3%C5%82maraton.jpg

Jedyne czego mi zabrakło to wyraźnego hasła "Start" na rozpoczęcie - najprawdopodobniej był świetnie zasygnalizowany w początkowych szeregach maratończyków, ale w tych dalszych niewiele było słychać - nagle, fala po prostu ruszyła. 

A po półmaratonie?

Woda, banan, czekolada - zaraz po rozciągnięciu zbolałych mięśni. Tak, to ten moment, w którym poziom adrenaliny powoli opada, a zastępuje go ból dolnych kończyn. I kolan. I pośladków.
Może to zasługa rozciągnięcia, ale jeśli chodzi o ból mięśni następnego dnia - zerowy. Jedyne na co mogłam narzekać to obite kolana, ale i ten ból nie trwał dłużej niż 2 dni. To jest niesamowite, jak adrenalina wpływa na ciało. Przed półmaratonem unikałam dłuższych treningów niż 10 km ze względu na bardzo silny ból lewego kolana. Po zakupie lepszych butów, ten ból pojawiał się trochę później, ale zawsze się pojawiał. Podczas półmaratonu nie bolało mnie nic. Ani kolana, ani łydki, ani odcinek lędźwiowy. Do czasu - 3 godziny później czułam już te wszystkie partie ciała. Ale 21 km przebiegłam bez żadnego bólu - dzięki Ci adrenalino!

Węglowodany uzupełniałam chyba dwa kolejne dni, zaczynając od wielkiego obiadu (z deserem!) w Ptasim Radiu. Trochę grzeszków żywieniowych tego dnia popełniłam, ale z czystym sumieniem!

Ptasie Radio

I co dalej? 

Na pewno półmaraton za rok. Maraton jeszcze na pewno nie w tym roku, ale kiedyś na pewno! Jest to takie must-do na przyszłość! W międzyczasie pewnie niejeden bieg się przewinie, ale może tym razem coś bardziej ekstremalnego. O, na przykład takie coś jest już zapisane w kalendarzu!
https://www.facebook.com/events/723097567735009/

Toruń, kokosowe latte na mleku sojowym i Stworkowo.
P.S. Pisanie w kawiarni chyba naprawdę ma jakąś magię w sobie. Szczególnie jak jest to kawiarnia w Toruniu, podczas jednodniowego wypadu poza Poznań, przy najlepszym latte kokosowym jakie kiedykolwiek piłam.
Central Coffee Perks - gorąco polecam! [https://www.facebook.com/CentralCoffeePerks] Wystrój przypominający bar ze słynnego amerykańskiego serialu "F.R.I.E.N.D.S.", a na telewizorze przede mną leci... nic innego, jak jeden z odcinków ww. sitcomu. I jak tu zacząć się uczyć Prawa Unii Europejskiej? Jak tu chcieć wrócić do Poznania? :)

You Might Also Like

0 komentarze

Archiwum bloga

Partnerzy

Jestem Fitbeactive.pl Durszlak.pl myTaste.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów JemyZdrowo.pl